Rozważanie niedzielne – 26.06.2016r.

Słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii, że Pan Jezus udał się do Jerozolimy. Najkrótsza droga z Galilei do Jerozolimy prowadzi przez Samarię. Żydzi jednak żyli w niezgodzie z Samarytanami. Ich świątynia konkurowała ze świątynią jerozolimską i stała na górze Garizim. Samarytanie uważali, że wszyscy patriarchowie, łącznie z Mojżeszem, właśnie tutaj oddawali cześć Bogu. Za swoją świętą księgę uznawali Pięcioksiąg. Chcąc przygotować się do tego etapu podróży, Jezus wysyła przed sobą uczniów, aby przygotowali Mu pobyt w jednym z miasteczek Samarii. Samarytanie jednak nie przyjmują posłańców Jezusa, ponieważ zmierza On do konkurencyjnej Jerozolimy. Uczniowie Jezusa pragną zemsty. Jednak Jezus zabrania im. Znów zostaje ukazana cecha Jezusa, o której mówił prorok Izajasz w słowach: Nie będzie się spierał ani krzyczał, i nikt nie usłyszy na ulicach Jego głosu. Trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi. W Jego imieniu narody nadzieję pokładać będą.

W jakiś sposób do postawy apostołów odnoszą się słowa fraszki Ignacego Krasickiego, która i dla nas może być przestrogą przed fałszywą pobożnością, która zapomina o drugim człowieku. Krasicki w swojej fraszce tak napisał Dewotce służebnica w czymś przewiniła Właśnie natenczas, kiedy pacierze kończyła. Obróciwszy się przeto z gniewem do dziewczyny, Mówiąc właśnie te słowa „…i odpuść nam nasze winy, Jako my odpuszczamy”, biła bez litości. Uchowaj, Panie Boże, takiej pobożności! Jakże inna jest postawa naszego mistrza – pełna łagodności nawet wobec grzeszników, wobec chorych i cierpiących.

Pan Jezus w Ewangelii powiedział takie słowa: Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Pewnym sprawdzianem naszej religijności jest nasz stosunek do innych ludzi. Popatrzmy na naszego Mistrza. Był taki łagodny i wyrozumiały wobec największych grzeszników. Św. Tomasz z Akwinu poucza nas, że łagodność to cnota moralna, która odnosi się do uczucia, gdyż to ona sprawia, że jesteśmy w stanie opanować rosnące w nas uczucie gniewu. Jak kształtować w sobie cnotę? Po pierwsze, należy ją dowartościować w swoim życiu. Czasami błędnie uważa się, że jest ona przejawem słabości, a przecież jest ona wyrazem silnego charakteru. Kolejna istotna sprawa to odpowiedni stosunek do rzeczywistości, która nas otacza. Chodzi o to, by zachować zdrowy dystans wobec spraw, które bezpośrednio od nas nie zależą. Istotne jest również racjonalne podejście do wydarzeń, których jesteśmy uczestnikami. Jak często jest tak, że dajemy upust swoim emocjom z błahego, nieistotnego powodu. Następny środek pomocny w opanowaniu gniewu to milczenie. Tak istotne jest, aby czasem zamilknąć, kiedy widzimy, że emocje biorą górę. Warto wtedy odczekać i przemyśleć: co chcemy powiedzieć drugiej osobie? Ezop, półlegendarny grecki bajkopisarz, w jednej ze swoich bajek przedstawia współzawodnictwo słońca i wiatru. Miano rozstrzygnąć, kto jest silniejszy. Pewnego dnia nadarzyła się okazja, aby roz­wiązać ten spór. Pustynną drogą szedł człowiek ubrany w gruby płaszcz. Słońce powiedziało do wiatru: „Kto z nas sprawi, że ten człowiek zrzuci płaszcz, uznany będzie za silniejszego i zwycięzcę”. Wiatr zgodził się pod warunkiem, że on pierwszy wystąpi w zawodach. Zaczął wiać z wielką siłą, ale im mocniej dmuchał, tym mocniej człowiek trzymał swój płaszcz. W końcu wiatr był już wykończony i poddał się, po czym do zawodów przystąpiło słońce. Zaczęło łagodnie, ale coraz mocniej przygrzewać. W przeciągu paru minut pustynny wędrowiec zrzucił z siebie palto. Morał tej bajki jest taki: więcej możesz osiągnąć łagodnością niż przemocą. Wołajmy więc na koniec o właściwą postawę wobec innych ludzi: Panie, jak oni mnie wszyscy męczą. Jak męczą mnie ci, których mi dałeś za braci. Moi bracia… Czasem wcale nie są zabawni. A w dodatku, przede wszystkim, są inni. I to jest najgorsze. Inni, wszyscy są inni, każdy z nich narzuca mi coś szczególnego, co mnie krępuje, deprymuje lub rani. Każdy z nich zmusza mnie, żebym coś uznał. A wcale niełatwo jest uznać, że inni istnieją inaczej. Każdy z nich zmusza mnie, żebym coś zrozumiał. Nie zawsze mam na to ochotę. Panie! To męczące. Każdy z nich mnie zmusza, żebym coś polubił. Żebym to przyjął takie, jakie jest. Nawet jeśli ja uważam, że to trudne, denerwujące, dziwaczne. Jakie to męczące, Panie, kochać swoich braci. Tak bardzo mam czasem ochotę zamknąć się w wąskim kręgu małej grupy przyjaciół, których świetnie rozumiem, tak dobrze znam, których obecność rodzi zawsze takie samo miłe ciepło, taki sam bezpieczny — miałem powiedzieć: komfortowy — spokój. Ale wszyscy inni, Panie! Ileż mnie kosztuje, żeby z nimi przestawać. Panie, obym się nigdy nie zamykał na innych. Obym nigdy nie mówił: „Nie rozumiem was”, nie odwracał się na pięcie i odchodził do mojego uporządkowanego świata, w którym nie ma dla nich miejsca. Żebym nigdy nie przypinał im etykietek jak karteczek z objaśnieniami w muzeum: „Ten to jest taki”. Żebym ich nie klasyfikował. Pomóż mi raczej odnaleźć w twarzy każdego z nich zatarte rysy dziecka, którym był. Dopiero wtedy, Panie, „zrozumiem”.


strzałka do góry