Rozważanie niedzielne – 18.06.2017r.

Wierna wiara!

Trzy dni temu szliśmy w procesjach za Jezusem niesionym w okazałej monstrancji… W rytmie nabożnych pieśni i w zapachu kadzideł, do tego jeszcze te dźwięki dzwoneczków i sypane kwiatki… To była manifestacja wiary – publiczne przyznawanie się do Jezusa! Ale warto się zapytać, jak jest z tą naszą wiarą, kiedy nikt na nas nie patrzy, kiedy zostajemy sami…

Historia Narodu Wybranego rozpoczęła się od Abrahama, który dał początek wielkiemu potomstwu. Pan Bóg, gdy zawarł przymierze z Abrahamem, zaprosił doń jego odległych potomków – przybrało ono nowy wymiar podczas wyjścia z niewoli egipskiej. Ratując, a więc wybawiając od uciemiężenia naród, Pan Bóg zażądał nowej decyzji – od tych, których miało przymierze dotyczyć. Wiemy, że przyrzekali, a potem stworzyli sobie złotego cielca. Historia zbawienia utkana jest z takich właśnie nici – wierności i zdrady człowieka, choć nić Boga zawsze pozostaje w kolorze wierności…

Dlatego z taką ufnością pisał apostoł Paweł: Bóg zaś okazuje nam swoją miłość [właśnie] przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami. Tym bardziej więc będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni (Rz 5, 8-9). Te słowa powinny dotknąć każdego z nas osobiście… Każdy z nas ma w swoim życiu historię grzechu i łaski, zdrady i przebaczenia… I pomimo tego wstydliwego bagażu znajdujemy czułe przyjęcie w ramionach Jezusa. Jego miłość jest bezgraniczna! Czy jednak wolno nam świadomie poniewierać darem odkupienia? Skoro ciągle wracamy do grzechów, o ile nie staramy się z nimi walczyć, nie świadczy to dobrze o naszym podejściu do Osoby Boga… Można dosadnie powiedzieć, że Jezus sobie żyły wypruł na krzyżu, a my co daliśmy z siebie w walce z pokusą i grzechem?! No właśnie…

Łatwo było pójść w procesji, poddać się płynącej rzece tłumu ludzi… Czy jednak w życiu nie poddajemy się strumieniowi pokus, bylejakości, jaką sieją wokół nas inni podobno „wierzący”? Jezus jest znakiem sprzeciwu i takiego samego sprzeciwu wymaga od swoich uczniów. W końcu zaprasza nas do przyjaźni ze sobą – wzywa po imieniu, jak apostołów z dzisiejszej Ewangelii. Każdy z nas został zaproszony do tej przyjaźni z Jezusem już podczas chrztu świętego, choć trzeba było lat, aby Jezusa poznać i naszą przyjaźń rozwinąć. Każdego dnia na nowo pokazujemy, że chcemy kroczyć za Jezusem – temu służy nasza poranna modlitwa, poprzez którą zapraszamy do naszego życia Pana Boga, prosząc, aby stawał po naszej stronie… Czy jednak rzeczywiście w naszych myślach, słowach i uczynkach widać, że i my opowiadamy się po Jego stronie? Prosta rzecz – wierność – a jednak jej brak jest wspólnym mianownikiem każdego grzechu; czy on dotyczy osoby Boga czy bliźniego, zawsze jest to kwestia wierności…

Zdobądźmy się zatem na refleksję, czy potrafimy być wierni – nie na pokaz, ale na serio, także wtedy, kiedy myślimy, że nikt nas nie widzi… W pewnym filmie[1] pojawia się rozmowa między głównym bohaterem a emerytowanym trenerem hokeja na lodzie. Główny bohater pragnie „odkupić” winę za spowodowany przez siebie wypadek, w którym zginęło siedem osób i postanawia pomóc siedmiu osobom, których życie znajduje się na krawędzi. Decyduje się między innymi oddać nerkę dla wspomnianego trenera. Starszy już człowiek pyta go: „Dlaczego właśnie ja?”. Główny bohater odpowiada: „Bo jesteś dobrym człowiekiem, nawet kiedy nie wiesz, że ktoś cię obserwuje”. (A dodam, że wyszukiwał ludzi do pomocy którzy starali się jak najlepiej wieść swoje życie, choć brakowało im zdrowia…).

Pomyślmy o nas i naszej sytuacji: Jezus umarł za nas jako za grzeszników – słyszeliśmy w drugim czytaniu. Dał nam przez to kolejną szansę, aby powstać z niewoli grzechu, aby otrzymać akt łaski zwalniający od kary… Tylko co my z tym darem robimy? Czy rzeczywiście nasza wierność przymierzu krzyża, w które zostaliśmy włączeni poprzez Chrzest święty, jest stała i pielęgnowana w naszym życiu? Czy każdy z nas może o sobie samym powiedzieć, że jest dobry wedle miary Jezusa – także wówczas, kiedy inni nie patrzą?

Jeśli odpowiedź jest pozytywna, to dobrze… Ale jeśli nie – to czas przemyśleć nasze postępowanie, bo wiara z natury rzeczy jest wierna i o taką trzeba nam dbać w życiu! Inaczej niewiele wspólnego ma z nami refren dzisiejszego psalmu: My ludem Pana i jego owcami. Bo może jednak harde z nas baranki… i to nie te Boże?

 


[1]   Chodzi o film Siedem dusz z roku 2008.


strzałka do góry