Rozważanie na II niedzielę adwentu

Z Bogiem żyć i dla niego umrzeć

Anna Charlier la Fosse była osobą sparaliżowaną, czytającą chętnie sceny z Ewangelii mówiące o cudownych uzdrowieniach ludzi nieuleczalnie chorych. Kiedy w jej dzielnicy Paryża w 1725 r. organizowano procesję Bożego Ciała, poprosiła domowników, aby pomogli jej usiąść na krześle ustawionym przed domem. Gdy nadciągnęli ludzie i dostrzegła monstrancję z Najświętszym Sakramentem, nagle rzuciła się na ziemię i zaczęła się czołgać aż dotarła pod stopy kapłana. Przy tym cały czas błagała Jezusa o uzdrowienie. Sądzono powszechnie, że padła ofiarą obłędu. Kiedy jednak próbowano ją usunąć z drogi, ona wstała o własnych siłach, samodzielnie dołączyła do procesji i razem z nią udała się do świątyni.

Jezus Eucharystyczny uzdrowił sparaliżowaną. Natomiast, mimo iż cudownie uleczona kobieta długo i wielokrotnie rozmawiała z młodym wtedy Wolterem, pozostał on do śmierci wrogiem chrześcijaństwa. Łatwiej bowiem przywrócić do zdrowia ciało niż duszę. W tym drugim wypadku potrzebna jest współpraca człowieka, wyrażająca się w odpowiednim odczytaniu Bożych znaków. Dzisiaj takim Bożym znakiem dla nas jest św. Jan Chrzciciel. Przemawia zarówno przykładem swojego życia, jak i śmierci.

Bóg powołał go do tego, aby przygotował Mu drogę do ludzkich serc. Zanim jednak podjął się zleconego sobie zadania, zadbał o przygotowanie Bogu drogi do własnego serca, tak aby później nikt nie mógł powiedzieć: lekarzu, ulecz wpierw samego siebie. W tym celu udał się na pustynię, żeby w ciszy i odosobnieniu umocnić swojego ducha. Bóg tam do niego przemawiał, a on Jego słowo zamieniał w czyn. Dzięki temu stał się człowiekiem nieugiętej woli.

Dzisiaj wielu obawia się samotności, ponieważ boi się prawdy o sobie. Człowiek współczesny nie umie żyć w ciszy, w której jedynie jest w stanie usłyszeć Boży głos i spojrzeć w oczy sobie samemu. Dlatego musi słuchać muzyki w domu, na ulicy i w tramwaju, byleby tylko uniknąć refleksji nad samym sobą. Dotyczy to zwłaszcza pokolenia ze słuchawkami na uszach, które najbardziej boi się chwili, w której rozładuje się bateria i nastąpi nieznośna cisza.

Przykład św. Jana Chrzciciela uczy nas, że nasza moc płynie z modlitwy. Czas spędzony przez niego na pustyni przemienił jego serce i uczynił je gotowym do konfrontacji ze światem, do którego Bóg go posłał. Przemawiał odważnie do żołnierzy, celników i uczonych w Piśmie. Nikomu nie schlebiał, ale każdemu stawiał wysokie wymagania. A ponieważ żył zgodnie z tym, co głosił, przyciągał do siebie tłumy. Skuteczność głoszonych nauk wypływała z jego autentyzmu. Całkowitą harmonię życia i słów najmocniej potwierdził wówczas, gdy do nawrócenia wezwał sprawujących władzę. Wiedział, jak bardzo ryzykuje, i nawet w obliczu śmierci śmiało upominał Heroda i Herodiadę. Choć nie udało mu się przygotować drogi Bogu do ich duszy, to jego ścięta głowa przemawia potężniej niż wszystkie jego kazania. Stanowi najbardziej wymowny owoc serca ukształtowanego podczas pustynnych spotkań z Bogiem. Wtedy umiał wyrzec się wszystkiego, dzięki czemu życie ludzkie jest łatwe i wygodne, i poprzestać na tym, co konieczne do życia. Wolność od zniewolenia dobrami doczesnymi pozwoliła zachować wolność od lęku w chwili śmierci.

Przeżywamy Adwent, czas przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Jego owocność zależy od naszej postawy, która powinna zaczerpnąć obficie z przykładu św. Jana Chrzciciela. Bez modlitwy i pracy nad sobą będziemy nieodporni na wszelkie pokusy. Tylko wtedy, kiedy docenimy wartość samotności i rozmowy z Bogiem, staniemy się dostatecznie silni do sięgania po wartości wieczne w świecie, który próbuje nas przekonać, że liczą się naprawdę jedynie te doczesne.


strzałka do góry