Rozważanie

Bóg nie chce naszej śmierci

Opowieść o wyproszonym dziecku
Pewnego razu mnich wybrał się z wizytą do innego klasztoru, odległego o wiele dni wędrówki. Po drodze nocował w ubogiej, chłopskiej chacie. Wieśniacy przyjęli go niezwykle gościnnie, aczkolwiek sami byli smutni.
– Starzejemy się oboje – westchnęła kobieta – a do tej pory Pan Bóg nie dał nam dziecka. Czym zawiniliśmy? Gdybyś zechciał wstawić się za nami u Najwyższego…
Mnich całą noc spędził na modlitwie w ich intencji. W końcu usłyszał w duszy tajemniczy głos: – Zgadzam się ze względu na twoje prośby, lecz to dziecko nie powinno się narodzić.
Rankiem wędrowiec pożegnał gościnnych gospodarzy. Po roku wracał do domu przez tę samą miejscowość. Rozpoznał znajomą chatę. Wstąpił do niej. Na środku bujała się drewniana kołyska.
– Dzięki ci, ojcze! – zawołała kobieta na jego widok.
– Wyprosiłeś nam syna!
– Lecz twoje oczy są ciągle smutne – zauważył przybysz.
– To prawda. Nasz syn ciężko choruje i lekarz nie daje mu żadnych szans przeżycia. Czy po to Najwyższy darował nam dziecko, by teraz zesłać kolejne nieszczęście?
Mąż Boży spędził kolejną noc na modlitwie w intencji dziecka. I znów usłyszał głos: – Zgadzam się ze względu na ciebie, lecz wiedz, że ci ludzie będą cierpieć jeszcze bardziej.
Wyproszony u Boga chłopiec wyzdrowiał. Jego rodzice nie mieli słów wdzięczności. Minęło prawie trzydzieści lat. Mnich zestarzał się, przygarbił. Pewnego razu usłyszał, że w okolicy grasuje okrutny zbójnik, napada, rabuje i morduje ludzi. Dla nikogo nie ma litości. Lecz i on któregoś dnia wpadł w pułapkę i został skazany na śmierć. Starzec wybrał się, aby w więzieniu przygotować bandytę na spotkanie z Najwyższym Sędzią. Jakież było jego zaskoczenie, gdy przed kratą natknął się na kobietę, której niegdyś wyprosił syna.
– Syn, którego nam wyprosiłeś – westchnęła na prawdę ciężko – którego rozpieściliśmy i przyzwyczailiśmy do lenistwa, sprawił nam niewypowiedziane boleści. To właśnie jego mają dzisiaj stracić za ciężkie zbrodnie. Zmarnował życie sobie i nam.

W obliczu śmierci jesteśmy równi
Śmierć doczesna dotyka każdego człowieka. Zbigniew Beifus opowiada, że telewizja umożliwiła milionom ludzi uczestnictwo w pogrzebie ostatniej cesarzowej austriackiej, Zyty, zmarłej w Szwajcarii 14 marca 1989 r. Pogrzeb miała iście cesarski: z pompą, ale i z tym starym, wzruszającym rytuałem, który przypomina o równości wszystkich ludzi wobec śmierci. Gdy kondukt pogrzebowy dotarł do kościoła kapucynów w Wiedniu, miejsca wiecznego spoczynku monarchów austriackich, brama świątyni była zamknięta. Mistrz ceremonii uderzył srebrną laską trzy razy w próg kościoła. Z drugiej strony padło pytanie: „Kto żąda wejścia?”. W odpowiedzi wymienił litanię najrozmaitszych i najdziwniejszych tytułów, jakimi była obdarzona zmarła staruszka. Przełożony klasztoru odparł: „Nie znam jej”. Wówczas mistrz ceremonii spróbował po raz drugi; tym razem na to samo pytanie zakonnika odpowiedział: „Zyta, Jej Cesarska Mość, Cesarzowa i Królowa”. Ale i ten skrót nic nie dał, bo pytający odparł: „Nie znamy jej”. Dopiero za trzecim podejściem – gdy mistrz ceremonii odrzekł, że wejścia żąda Zyta, człowiek śmiertelny i grzeszny – z tamtej strony padły słowa: „Niech wejdzie do środka”. I dopiero wówczas otworzyły się podwoje kościoła.

Jezus otwiera nam bramę do życia wiecznego
Jezus z Nazaretu uzdrawiał ludzi cierpiących na nieuleczalne choroby. Wychodziła z Niego potężna moc uzdrawiająca. Najbardziej obficie czerpali z niej ci, którzy okazywali swą wiarę. Chrystus – będąc Panem życia i śmierci – ukazuje swoją moc, abyśmy w Niego uwierzyli .
Walter Flex twierdzi, że "Bóg widzi śmierć inaczej niż my. My widzimy ją jako ciemny mur, Bóg jako bramę". Bramę do nieba dla osiągnięcia życia wiecznego.


strzałka do góry